Chrysler Grand Voyager 2.8 CRD Stow'n Go

Chrysler Grand Voyager ma wiele zastosowań. Posłuży nam jako rodzinny van w czasie długich wakacji, wóz meblowy podczas przeprowadzki, a także jako średni samochód dostawczy przewożąc ponad półtonowy ładunek. Najlepiej jednak nadaje się jako auto dla grzybiarzy.

Dlaczego akurat dla grzybiarzy? Otóż taki biedny człowiek wstaje wcześnie rano, przemierza często kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt kilometrów w kierunku swojego upragnionego lasu, tam spotyka się ze swoimi znajomymi i rusza na grzybobranie. Z jednej strony to hobby jak na przykład wędkowanie, z drugiej ciężka praca, jednak jesienią przy każdym lesie napotkamy dziesiątki samochodów zapaleńców zbierających grzyby. I to właśnie im dedykuję Grand Voyagera - zmieści się w nim spokojnie nawet siedmiu ochotników, a ich łupy spokojnie pomieści ogromny bagażnik. Najlepiej wypełniony BORowikami.

Najpierw nowatorstwo, potem konserwatyzm

W roku 1984 Dodge pokazał pierwszego rodzinnego vana - model Caravan. Propozycja mająca być odpowiednikiem ogromnych amerykańskich kombi stała się konstrukcją pionierską i wbrew opiniom wyprzedziła o kilka miesięcy pierwszego europejskiego vana - Renault Espace. Caravan (równocześnie produkowany z Plymouth'em Voyagerem, którego w 1990 roku zastąpił Chrysler Town & Country) będący kanciastym, pomniejszonym i przeszklonym samochodem dostawczym nie rzucał stylistycznie na kolana, jednak klientów urzekła przestrzeń i komfort - a to było priorytetem. Samochód zdobył ogromną popularność w Stanach Zjednoczonych i doczekał już pięciu generacji. Ta najbardziej znana to oczywiście opływowa trzecia (1996-2000) oraz mocno podobna do niej czwarta (2001-2007), które oferują wysoki komfort podróżowania dla 7 pasażerów i niecodzienne rozwiązania zagospodarowania przestrzeni we wnętrzu. Dziś do debiutu przygotowana już jest piąta generacja Caravana/Town & Country.

W związku z fuzją Chryslera z zakładami Magna-Steyr od roku 1991 z montowni w Grazie w Austrii zjeżdżają vany z przeznaczeniem m.in. na rynek europejski. Zamiast nazwy Town & Country dostały Voyager (wersja 5-miejscowa) i Grand Voyager (7-miejscowa). I to właśnie ta ostatnia, licząca prawie 5,1 metra, odmiana stała się głównym bohaterem testu. Pod koniec produkcji dostaniemy do wyboru tylko dwa silniki wysokoprężne - 2,5 CRD o mocy 143 KM i 2,8 CRD o mocy 150 KM, z czego Grand Voyager może być napędzany tylko tym drugim.

Chrysler Grand Voyager to nie samochód, który budzi zachwyt, rzuca na kolana i powoduje, że wszyscy się na nas oglądają. No dobrze, może czasem, bo 2-tonowy kolos w grafitowym kolorze z czarnymi szybami wzbudza pewien respekt i dziwne skojarzenia (ze zbieraczami grzybów), jednak jeśli szukasz oryginalności i charakteru, to źle trafiłeś. Grand Voyager to elegancki i stonowany minivan, a jego klasyczną sylwetkę znamy od lat. Gabaryty przypominają, że kraj z którego pochodzi bynajmniej nie słynie z zatłoczonych centrów miast, gdzie na miejscach parkingowych mieszczą się jedynie toczydełka wielkości Smarta (choć takie też już w Stanach znajdziemy), a przydomek "Big Mac" nie jest przypadkowy. 16-calowe alufelgi giną pod przysadzistym nadwoziem, które jest dodatkowo zwłaszcza w tylnej części dość mocno podniesione. Jeśli jesteś fanem chromów ociekających z atrap, listew, zderzaków i innych elementów karoserii rodem z USA, to muszę Cię zmartwić - logo Chryslera z podłużnymi listwami na atrapie to jedyne elementy nadwozia, które będą błyszczeć w słońcu.

Big Mac

Pilot, który dołączono do kluczyków Twojego Grand Voyagera jest warty 9 200 złotych. Bynajmniej nie jest złoty i wysadzany brylantami, a wykonany z tandetnego plastiku. Ma pięć przycisków, z czego trzy najbardziej wartościowe. Sterują bowiem opcjonalnie zdalnie otwieranymi drzwiami przesuwanymi (dopłata 6 100 złotych) oraz tylną klapą (3 100 złotych). Jedni uznają to za zbędny i bardzo kosztowny wydatek, drudzy zakochają się w przedstawieniu, jakie towarzyszy podwójnemu naciśnięciu któregoś z przycisków. Bo trzeba przyznać, że migające światła awaryjne i odgłosy pikania i ryglowanych zamków należą do niezapomnianych wrażeń. Sam fakt, że nagle zaczyna się podnosić tylna klapa to niezła zabawa.

To jednak nie koniec wrażeń. Gdy już tylko otworzymy wszystko, co możliwe w "Grandzie", naszym oczom ukaże się miejsce dla siedmiu pasażerów. Przód oczywiście zajmuje kierowca i pasażer, środkowy rząd to również dwa fotele i trzeci to dzielona tylna kanapa przeznaczona dla 3 osób. Na samym przodzie jest wygodnie, nasz fotel jest regulowany w każdą stronę elektrycznie, podłokietniki są seryjne, a wyprofilowanie zaskakująco odpowiednie. Dwa środkowe fotele są jeszcze wygodniejsze, mają regulowane oparcie, po dwa podłokietniki, otwierane uchwyty na puszki i regulację wzdłużną na szynach. Kanapa w "bagażniku" jest osadzona nieco niżej i mimo swojego usytuowania wcale nie zapewnia gorszego komfortu, nie dając powodów do narzekań na brak miejsca. Jedynie odczucia z podróżowania na niej zbliżone są do tych, jakie towarzyszą nam, gdy zasiądziemy na ostatnich fotelach w autobusie przegubowym.

Przestrzeń, przestrzeń i jeszcze raz przestrzeń. Bagażnik jest ogromny i przy komplecie 7 osób na pokładzie mieści aż 580 litrów. Gdy wyjmiemy tylną kanapę... No właśnie. Tak byłoby w większości vanów, jednak nie w Chryslerze. Otóż Amerykanie (czy z lenistwa, czy z chęci bycia znów pionierami również i w tej dziedzinie) stworzyli specjalny system nazwany dumnie Stow'n Go, w który seryjnie wyposażony jest każdy Grand Voyager. O co chodzi? Otóż wszystkie fotele z drugiego i trzeciego rzędu możemy złożyć i schować do ogromnych podpodłogowych schowków (o łącznej pojemności ok. 340 litrów) i stworzyć płaską powierzchnię. Sam system składania foteli jest niesamowicie banalny. Przy środkowych fotelach odchylamy klapę schowka, kładziemy oparcie, pociągamy za linkę, zwalniamy uchwyt i wrzucamy fotel w podłogę. Z tylną kanapą jest jeszcze łatwiej - posiada ponumerowane odpowiednio sznurki za które pociągamy (1 - złożenie oparcia, 2 - odblokowanie zatrzasków, 3 - pociągnięcie do siebie i ulokowanie we wnęce). Pół godziny zabawy i opatentowania systemu pozwoli nam zejść czasowo do około 10 sekund na każdy fotel. Przy okazji nie muszę wspominać, że przestrzeń ładunkowa rozrasta się do gigantycznych rozmiarów - gdy złożymy trzeci rząd otrzymamy 1540 litrów, a gdy wszystkie fotele zrównamy z podłogą będziemy mieć do dyspozycji aż 4680 litrów. Respekt. Niestety jest i pięta Achillesowa - bardzo mała ładowność.

Wróćmy jeszcze do pierwszego rzędu, a więc tego czym dysponuje kierowca. Otóż ma przed sobą ciekawe, retro stylizowane zegary, które mają zbyt słabe zielone podświetlenie. Dźwignia 4-biegowej skrzyni automatycznej umiejscowiona przy kolumnie kierowniczej (w podłodze byłoby niewygodnie) wygląda tragicznie, dotykowo również nie robi najlepszego wrażenia i przywodzi mi na myśl stare modele Citroena C25/Peugeota J5/Fiata Ducato. Automatycznie wymusiło to przerzucenie funkcji wycieraczek przednich na przełącznik od kierunkowskazów (ciężko się przyzwyczaić), a np. spryskiwacz tylnej szyby trafił na deskę rozdzielczą. Dziwne i mało funkcjonalne rozwiązania. Radioodtwarzacz wygląda jak z pierwszej generacji Caravana i pozwala odtwarzać zarówno płyty CD jak i kasety. Cóż za uwielbienie dla nostalgicznych klientów. O dziwo system gra zaskakująco dobrze. Hamulec ręczny trafił pod lewą nogę i jest swego rodzaju pedałem, który wciskamy w podłogę, a zwalniamy znajdującym się nad nim przyciskiem w desce. Uwaga, nieostrożnym potrafi potłuc rękę lub nogę przy zwalnianiu sprężyny. Ciekawostką jest wyświetlacz komputera pokładowego z kompasem w podsufitce oraz elektrycznie uchylane tylne szyby.

Schowki to mocna strona Grand Voyagera. Ten przed pasażerem nie zachwyca, podobnie jak kieszenie w drzwiach, ale wszędobylskie półeczki, uchwyty na kubki, lampki czy gniazdka 12V sprawią, że pomieścimy bezstresowo całe nasze zaplecze. Jeden obszerniejszy jest w desce, poniżej wysuwany "uchwyt Mc Donald's-a" mieszczący zestaw Big Mac'a z dwiema dużymi Colami, pod fotelem pasażera szuflada, a na suficie opcjonalnie możemy sobie zamontować moduł trzech ruchomych schowków na drobiazgi (dopłata 4 600 złotych w pakiecie z komputerem pokładowym i bardzo pomocnymi przy tych gabarytach czujnikami parkowania). Najpotężniejszy "kufer" mieści się między fotelami, jest wielkości mini lodówki, ma dwa poziomy, wyjmowany uchwyt na komórkę, zewnętrzną kieszeń i klapkę zamykaną na kluczyk. No właśnie, kluczyk. Tu przechodzimy do ciemnej strony Voyagera. Spasowanie plastików jest tak marne, że obudowa schowka w ogóle nie trzyma się tzw. "kupy" i bez problemów otworzymy klapkę z zablokowanym zamkiem. Przy energicznym ruchu nawet ją zamkniemy. Podobnie namierzymy kiepsko spasowane plastiki pod obudową kolumny kierowniczej jak i na słupku przy drzwiach. Szkoda, bo psuje to naprawdę przyjemne wrażenie "posiedzenia" w Grand Voyagerze, a jakość plastików jest dobra.

Kanapowiec na automacie

Czy 150-konny silnik wysokoprężny i 4-biegowy automat są idealnym duetem, spierałbym się. 2,8-litrowy motor osiąga 360 Nm maksymalnego momentu obrotowego i teoretycznie pozwala "rozbujać" ważącego ponad dwie tony Grand Voyagera do 182 km/h i do 100 km/h w 12 sekund. Teoria z jednej strony, praktyka z drugiej. W rzeczywistości silnik jest za słaby i żeby cokolwiek osiągnąć na drodze trzeba depnąć gaz do dechy. To pociąga za sobą wysokie obroty, którymi raczy nas 4-biegowa skrzynia automatyczna, a analogicznie następstwem wszystkiego jest wysokie zużycie paliwa. Gdyby zaadoptować zestaw znany np. z wcześniej testowanego przez nas Jeepa Commandera (3.0 CRD 218 KM i 5-biegowy automat), to może byłoby lepiej, lżej i delikatniej. A tak to jest pazernie i nieszczęśliwie. Na trasie z prędkościami rzędu 130 km/h spalanie dojdzie do 10 litrów (komputer dumnie nas poinformuje jednak, że wyniosło 8,7 l/100 km), w mieście przekroczy 15. I zaznaczam z góry - Chrysler nie był deptany, miażdżony i używany jako "ćwierćmilowa" wyścigówka. Czasem tylko trzeba mocniej docisnąć gaz, żeby Voyager wyrwał się z letargu i leniwie przekroczył dozwolone prędkości, ale to momentalnie odbija się na spalaniu.

Z resztą znaków z cyferkami w czerwonych obwódkach przestrzegałem bardzo często, zwłaszcza tych mocno 2- i 3-cyfrowych, gdyż Chrysler Grand Voyager nie lubi wysokich prędkości. Do 130 km/h jest stabilny, powyżej zaczynamy czuć boczne wiatry, nieprzyjemne kołysania, a i silnik Diesla początkowo dość cichy zaczyna się robić coraz głośniejszy. Nastawy zawieszenia (tył na klasycznych piórach) są jednak bardzo komfortowe i "Big Mac'kiem" poruszamy się jak prawdziwym kanapowcem - miękko, wygodnie i dostojnie. W zakręcie lubi się wychylić, na wertepie zakołysać, jednak wszystko w granicach normy i bezpieczeństwa. Ponoć to ta opcja "europejskie zawieszenie" w cenniku - aż strach się bać, jak jeździ się oryginalną amerykańską wersją. Zupełnie nie spasował mi bezpłciowy układ kierowniczy, który leniwie i zupełnie bez kontaktu z nawierzchnią stara się informować nas o tym, co się dzieje z przednimi, napędzanymi kołami. Natomiast podróżowanie po mieście to sama przyjemność - zupełnie nie odczuwamy nierówności, dziur, torowisk i innych "elementów fauny drogowej" zagrażających naszemu życiu i autu. Jeśli przyzwyczaimy się do gabarytów amerykańskiego krążownika, to nie będzie źle.

W zakresie bezpieczeństwa Chrysler Grand Voyager oferuje nam komplet poduszek powietrznych (przednie, kurtynowe dla wszystkich trzech rzędów oraz kolanową dla kierowcy), system ABS i hamulce tarczowe (z przodu wentylowane) na wszystkich kołach. Te są wystarczające i zatrzymują samochód w rozsądnych odległościach (zimne hamulce ok. 42 metry, rozgrzane ok. 45 m). W testach zderzeniowych EuroNCAP dostał 4 gwiazdki, ale uwaga! Wersja z kierownicą po prawej stronie, niedostępna z poduszką kolanową, otrzymała dwie gwiazdki, z czego jedną przekreśloną. Kiepsko to świadczy o trwałości i solidności amerykańskiej konstrukcji.

Biuro Ochrony Rządu

Sesja zdjęciowa zdradziła charakter testu i popularni grzybiarze okazali się znajomymi z organizacji SPAP Kraków (Samodzielny Pododdział Airsoftowo-Paramilitarny). To oni obok Grand Voyagera stali się głównymi bohaterami tego testu. I to zupełnie nieprzypadkowo, gdyż sugerowany samochodami rządowymi BOR-u (Grand Voyager jest w tych kręgach bardzo popularny) postanowiłem również sprawdzić, jak amerykański van spisze się w ciężkich warunkach polowych dla pięciu żołnierzy z pełnym ekwipunkiem. I wcale nie zawiódł. Miejsca pod dostatkiem, przy okazji dowiedziałem się do czego służą relingi, a chłopcy zadowoleni symulowali różne operacje. Nikt ponoć nie narzekał, może poza faktem, że boczne drzwi i tylna klapa otwierają się zdecydowanie za wolno. A jeśli Chrysler Grand Voyager przypadł im do gustu, to dlaczego ma zawieść większą rodzinę wybierającą się na wycieczkę, czy hurtownika?

Pewnie, że nie zawiedzie. Zaoferuje ogrom przestrzeni, wygodne miejsca dla 7 osób, zmyślny system zagospodarowania przestrzenią, ale także nieco słaby silnik żywiący się za dużą ilością oleju napędowego. Pełne wyposażenie testowanej wersji LX obejmuje 2-strefową klimatyzację, pełną elektrykę i elektronikę, przyzwoity system audio oraz 5 poduszek powietrznych i ABS. Za dopłatą 3000 złotych dostaniemy lakier metalizowany, 4600 zł kosztują czujniki cofania, schowki pod sufitem i komputer pokładowy, przyciemniane szyby to wydatek 3400 zł, za klapę i drzwi odsuwane elektrycznie wydamy 9200 zł i 1300 złotych za kontrolę trakcji. Według upodobań niektóre opcje można usunąć, a jeszcze inne z cennika dołożyć. Dodatkowo w salonie czeka na nas tańsza wersja SE (m.in. bez 2-strefowej klimatyzacji audio marki Infinity) warta 141 100 złotych oraz najdroższa Limited w cenie 191 800 złotych (tu dostaniemy m.in. skórzaną tapicerkę). Poza tym już wkrótce pojawi się najnowsza piąta generacja, więc być może pojawią się jakieś poważniejsze rabaty na obecną wersję Grand Voyagera.

Serdeczne podziękowania dla Piotra Kiśla, Macieja Sochy oraz całej ekipy SPAP Kraków za pomoc w realizacji sesji zdjęciowej.