Hyundai SantaFe 2.2 CRDi 4WD Executive

Znajomi i rodzina od dłuższego czasu wiedzieli, że noszę się z zamiarem zmiany samochodu. Pomagali, doradzali, ale tak naprawdę nie wiedzieli, jaką podejmę decyzję. Chyba jednak nikt nie spodziewał się, że pewnego dnia pod moim domem stanie Hyundai... za prawie 200 tys. złotych.

Mojego 8-letniego Mercedesa ML zawsze darzyłem dużym szacunkiem. Nigdy mnie nie zawiódł, razem zjeździliśmy całą Europę, "przeprowadził" cały mój dobytek do nowego domu i raz uratował mi życie. Ja też o niego dbałem, regularnie serwisowałem i pieszczotliwie klepałem po masce, kiedy "nie domagał". Na szczęście całe "nasze życie" spędziliśmy bezproblemowo. Niestety, nadszedł czas zmian, Mercedes swoje "odsłużył" i należało poszukać godnego następcy.

Przy zakładanym budżecie do 200 tys. zł niestety nie mogłem pozwolić sobie na jego następcę. Zaprzyjaźniony sprzedawca proponował "przyzwoicie wyposażonego" GLK, ale szybko zrezygnowałem, kiedy zagłębiłem się w konfigurator. Skórzana tapicerka, dobre audio z nawigacją, ksenonowe reflektory - to wszystko powoduje, że ceny takich aut jak Audi Q5, BMW X3 czy właśnie Mercedesa GLK bardzo szybko przekroczyły zakładany budżet.

Samochody używane odrzuciłem z zasady, mimo że przyjaciel intensywnie namawiał mnie na całkiem obiecujące egzemplarze Mercedesa W164 czy też Audi Q7, zadowalające zarówno cenowo jak i wyposażeniem. Stwierdziłem jednak, że przy takiej kwocie chcę samochód nowy, z gwarancją i zapachem świeżej skóry we wnętrzu. Nie chcę po nikim "dojeżdżać" auta.

Wybór życia
Wspólnie ze znajomym szybko nakreśliliśmy listę samochodów spełniających moje wymagania: duży, przestronny SUV, z bogatym wyposażeniem, mocnym dieslem i automatyczną skrzynią biegów, którego cena zamknie się w 200 tys. złotych. Bardzo szybko odpadły Toyota Land Cruiser i Mitsubishi Pajero, które są za drogie, za to w "pułapie" złapał się Nissan Pathfinder z 2,5-litrowym, 190-konnym dieslem oraz automatyczną skrzynią biegów. Zanim jednak na mojej drodze stanął salon Nissana, po drodze wstąpiłem do Kii i Hyundaia, gdzie przed eleganckim ASO dumnie wystawiono na podeście dwa najnowsze SUV-y - Sorento i SantaFe.

Jeśli siermiężny i nieco zbyt toporny styl nowej Kii nie bardzo przypadł mi do gustu, tak Hyundai od razu wpadł mi w oko. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział tak atrakcyjne zaprojektowane auto z Korei. Od razu spodobały mi się dynamiczne przetłoczenia błotników, ciekawie uniesiona linia okien, czy wreszcie ten przód, który tak dobrze wygląda. Skojarzenia atrapy z maszynką do golenia z trzema ostrzami może nie jest na miejscu, ale nowy SantaFe wygląda ostro niczym żyletka! Znakomite wrażenie robią seryjne w najbogatszej odmianie obręcze aluminiowe o średnicy aż 19 cali.

Szybki rzut oka w cennik i już wiedziałem, czego chcę. W opcję wchodziła tylko najbogatsza wersja Executive z mocniejszym, 197-konnym dieslem 2.2 CRDi i oczywiście automatyczną skrzynią biegów. Z wyposażenia zadowoliły mnie m.in. skórzana tapicerka z podgrzewanymi zarówno z przodu jak i z tyłu (!) siedziskami, elektryczna regulacja fotela kierowcy, dwustrefowa klimatyzacja, kamera cofania, rozbudowany system audio z 10 głośnikami, systemem dźwięku Virtual Surround oraz nawigacją, adaptacyjne reflektory ksenonowe czy też wspomniane 19-calowe alufelgi. Sprzedawca wycenił auto na 186 900 zł (w specyfikacji 5-miejscowej, bo oferowana jest także 7-miejscowa), dorzuciliśmy oczywiście lakier metalizowany Titanium Silver (2500 zł) oraz 6-biegową skrzynię automatyczną (6000 zł). Całość: 195 400 zł, przed stosownymi negocjacjami...

Jakość klasy wyższej
Każdego, kto śmie wątpić w wydanie 200 tys. złotych na Hyundaia, z przyjemnością zapraszam do wnętrza SantaFe. Koreańczycy po raz kolejny udowadniają, że potrafią robić samochody, które na jednej linii mogą stawać z europejskimi, także pod względem jakości. Tu naprawdę czuć powiew wyższej klasy. I nie mówię o bogatym wyposażeniu, ale o jakości materiałów. Wszystko jest przyjemne w dotyku, nienagannie spasowane i powoduje, że osoba zasiadająca w obszernym fotelu (elektrycznie regulowanym, z pamięcią ustawień) zapomina, że znajduje się w aucie, którego cena spowodowała nagły atak śmiechu, a potem niedowierzanie, że tyle właśnie zapłaciłem.

Wielką zaletą tego auta jest przestronność kabiny. Z przodu nie ma szans, żeby narzekać na brak przestrzeni w którąkolwiek ze stron. Szeroki tunel, rozdzielający kierowcę i pasażera, powoduje, że można odnieść wrażenie, że auto ma ze 2 metry szerokości. Podobnie jest z tyłu - trzech pasażerów zasiądzie tu naprawdę wygodnie, zwłaszcza że kanapa ma regulowane wzdłużnie siedzisko oraz kąt pochylenia oparcia. Nie wspominam o dodatkowych nawiewach w słupkach, podgrzewanych siedziskach czy roletach na bocznych szybach.

Bagażnik także jest wystarczający dla 5-osobowej rodziny. Standardowo oferuje 580 litrów i podwójne dno podłogi, pod którą znajdziemy schowki. Ponadto gniazda 12V i 220V, a także prosty sposób składania oparć (za pomocą specjalnych "klamek" w bagażniku), który powoduje, że przestrzeń ładunkowa powiększa się do 1680 litrów. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko elektrycznie otwieranej pokrywy, tak modnej ostatnimi czasy.

Blaski i cienie
Rozbudowany zestaw audio z dotykowym ekranem oferuje całkiem przyjemny dźwięk, wydobywający się z 10 głośników (w tym subwoofera w bagażniku), a dzięki funkcji Virtual Surround pozwala poczuć namiastkę sali koncertowej we wnętrzu SUV-a. Obsługa jest prosta, poszczególne menu w języku polskim przejrzyste, a mapy aktualne. Do tego wysokiej jakości kamera cofania, która bardzo pomaga, bo widoczność do tyłu jest bardzo słaba. Czego chcieć więcej? Jest jedna, za to bardzo denerwująca wada. Otóż po zmierzchu ekran bardzo razi po oczach. Nie pomaga maksymalne obniżenie jasności wyświetlacza, a co najwyżej jego wyłączenie. Niby ratunek jest, ale co, jeśli jedziemy nocą i chcemy korzystać z nawigacji? Co chwila włączać i wyłączać ekran, żeby sprawdzić, czy już przegapiliśmy skręt z autostrady? Ponadto denerwuje kobiecy głos czytający wskazania nawigacji, który żeby wyłączyć, trzeba wejść w opcje dźwięku. Niestety, po wyłączeniu silnika i po ponownym włączeniu ustawienia resetują się i głos lektorki znów jest aktywny.

Ponadto brakuje mi konsekwencji - menu komputera pokładowego między zegarami też mogłoby być po polsku. Chciałbym także 3-strefową klimatyzację (w końcu jak szaleć, to szaleć - klasa "prawie premium" zobowiązuje), czy też wentylowane fotele. Dorzuciłbym jeszcze podgrzewaną kierownicę, ale przy zamówieniach od lutego b.r. jest już ona w standardzie. Nie mogę też narzekać na sprawnie działający kluczyk zbliżeniowy oraz na inteligentny system wspomagania parkowania, który po znalezieniu odpowiedniej luki sam zaparkuje moje SantaFe. Niestety, tylko równolegle - prostopadle już nie potrafi.

Duże nadzieje
Tuż po odebraniu samochodu postanowiłem zabrać rodzinę na weekend. Wybór padł na stolicę polskich gór - Zakopane. Idealna trasa na sprawdzenie zachowania samochodu, zarówno przy wyższych jak i przy niższych prędkościach, na szybkich prostych jak i wolnych zakrętach. Wybrany przeze mnie mocniejszy silnik to 197-konny turbodiesel 2.2 CRDi. Do tego potężny moment obrotowy wynoszący 436 Nm (w zakresie 1800-2500 obr./min.), ale z drugiej strony masa własna dochodząca do 1900 kg i 6-biegowy automat, który już na "papierze" wyraźnie osłabia SantaFe.

Po pierwszych kilometrach za kierownicą Hyundaia wiem, że dokonałem właściwego wyboru w kwestii jednostki napędowej. Słabszy o 47 KM 2.0 CRDi naprawdę musiałby się tu ostro "napocić". Mocniejszy, 197-konny silnik bardzo dobrze daje sobie radę z autem, mimo że nie rozpieszcza nadmiarem emocji. Reakcja na gaz nie jest spontaniczna, ale koreański SUV ze spokojem odmierza kolejne "dziesiątki" na prędkościomierzu.

Bez wątpienia duża w tym zasługa 6-biegowej skrzyni automatycznej. Poszczególne przełożenia zmienia delikatnie i nie czuć ich zmiany, ale cieszy się raczej słabym refleksem, jeśli chodzi o dynamiczną reakcję. Mocne wdepnięcie pedału gazu, mimo blisko 200 KM i 436 Nm, nie wywołuje szaleństwa na pokładzie i można odnieść wrażenie, że z manualną przekładnią SantaFe nabrałby znacznie większego wigoru.

Po amerykańsku
Hyundai SantaFe to spokojny charakter. Wpływa na to bardzo dobre wyciszenie wnętrza oraz komfortowe nastawy zawieszenia. Mimo dużych, 19-calowych felg z oponami 235/55, w aucie praktycznie w ogóle nie czuć nierówności. Ze stoickim spokojem przejeżdżam przez większość dziur. Niestety, trafienie w jedną z nich skutkuje jednak głośnym stukiem z podwozia.

Mimo tego, dłuższa podróż Hyundaiem to wielka przyjemność. Komfort wcale nie oznacza braku pewności prowadzenia, mimo tego, że karoseria SUV-a lubi pochylać się na szybszych zakrętach. Do pełni szczęścia brakuje pewniejszego układu kierowniczego. Co prawda wyposażono go w funkcję FlexSteer, która pozwala dostosować siłę wspomagania do własnych preferencji. Jednak moim zdaniem różnice pomiędzy poszczególnymi trybami - Comfort, Normal i Sport - są zbyt małe i nawet na ostatnim ustawieniu czuć niedosyt. Co gorsza, auto nie zapamiętuje ustawień i po ponownym uruchomieniu silnika powraca do neutralnego Normal.

Oczywiście jak na klasycznego SUV-a przystało, SantaFe pozwala zjechać z utwardzonych dróg na polne ścieżki, dość obficie pokryte śniegiem. Oprócz automatycznego dołączenia tylnej osi, mam możliwość włączenia blokady napędu i moc jest rozdzielana po 50% między osie. W praktyce jednak rzadko ma to zastosowanie, bo samochód nie ma ani terenowych opon, zdolnych grzebać się w trudnym terenie, ani też należytego prześwitu, który wynosi zaledwie 18,5 cm. Na szczęście auto wyposażono we wszystkie elektroniczne systemy wspomagające jazdę po bezdrożach (i nie tylko) - mamy elektroniczny system kontroli poślizgu TCS, system wspomagający ruszanie pod górę HAC, asystenta kontroli zjazdu DBC, czy nawet system stabilizacji pojazdu ESC/VSM, który zarządza także stabilnością przyczepy. To ważne, bo Hyundaiem można ciągnąć taką o masie do 2 ton.

Odpowiednia masa własna i dość duża moc powodują, że SantaFe może "łyknąć" solidną dawkę oleju napędowego - w mieście nawet 11, a w trasie do 9 litrów. Po aktywacji trybu Active eco, który m.in. łagodzi pracę przepustnicy i skrzyni biegów, która szybciej zmienia biegi na wyższe, podczas spokojnej jazdy Hyundai pozwoli na uzyskanie zużycia na poziomie nawet ok. 6,5 l/100 km. Pokaźny, 64-litrowy paliwa powinien starczyć nawet na wycieczkę na drugi koniec Europy.

Mój własny wybór
Hyndai SantaFe to znakomity wybór, jeśli szukamy dużego, przestronnego i komfortowego SUV-a. Zapewnia bardzo bogate wyposażenie i idealnie nadaje się na dłuższe trasy. Dla wielu przeszkodą może być wysoka cena, dorównująca konkurentom z klasy premium. W Hyundaiu przekonuje jednak znacznie bogatsze wyposażenie seryjne i 5-letnia gwarancja. Znajomi pytają, czy nie żałuję swojej decyzji w kwestii kupna SantaFe, a ja im odpowiadam: To mój własny wybór, jeśli miałbym jeszcze raz wybierać, także kupiłbym Hyundaia. I wcale nie była to ryzykowna decyzja.

Zalety:
+ bardzo atrakcyjny design
+ przestronne, komfortowe i funkcjonalne wnętrze
+ wysoki komfort podróżowania
+ bardzo dobra jakość wykonania
+ bogate wyposażenie

Wady:
- wysoka cena
- ospała skrzynia biegów
- przeciętne właściwości terenowe
- wysokie zużycie paliwa, zwłaszcza w mieście

Podsumowanie:
Wydać blisko 200 tys. złotych na koreańskiego SUV-a? Ryzykowna decyzja, zwłaszcza kiedy za podobne pieniądze można kupić SUV-a klasy premium - Audi Q5 (2.0 TDI quattro 177 KM S tronic: 166 400 zł), BMW X3 (xDrive20d 184 KM: 167 000 zł) czy Mercedesa GLK (220 CDI 170 KM 4MATIC 7-G TRONIC: 176 000 zł). Może nie zaproponują tak bogatego wyposażenia jak SanfaFe (będąc przy okazji nieco mniejszymi, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz), ale zapewnią zdecydowany prestiż, którego Koreańczycy nigdy nie zaoferują.

Z drugiej strony Hyundai dokonał olbrzymiego postępu, zwłaszcza jakościowego, który w SantaFe dorównuje renomowanym, europejskim producentom. Tylko jak przekonać europejskich klientów, że lepiej wydać taką kwotę na Hyundaia niż na BMW czy Mercedesa? Niestety, bardzo trudno, co widać po wynikach sprzedaży koreańskiego SUV-a. A szkoda, bo to bardzo udane auto z... bardzo wysoką ceną.