Drodzy Czytelnicy! Zapanowała cisza. W świecie samochodów atmosfera zgęstniała jak na lekcji języka polskiego. Nikt nie ma nic do powiedzenia, a po dłuższej chwili ciszy nawet ambitna wypowiedź wydaje się już nic nieznaczącym pustosłowiem. I tak już nikt nie słucha. Jeśli chodzi o samochody, tak właśnie było w tym tygodniu. Ale do rzeczy.
Bardzo przykro mi to napisać, ale w motoryzacji zapanowała kanikuła. Naprawdę. Chciałbym przekuć te kilka niedzielnych słów w przepiękną dysertację ku czci wielkiej bomby tego tygodnia, którą mógł okazać się nowy Opel Astra. Ale tego nie zrobię. Bo widzicie, sprawa wygląda prosto. Niestety, w przerwie pomiędzy dostrzeżeniem nowej melodyjki do "M jak miłość", a dokończeniem kanapki z kiełbasą, moje myśli wcale nie krążyły wokół Astry. Nie dumałem nad tym, co mnie wkurza w designie nowego kompaktu Opla ani nie rozpływałem się w zachwytach nad dziwnym kształtem któregokolwiek z detali. Totalna obojętność, spokój i cisza. Jaki z tego wniosek? Prawda jest taka, że premiera jednego z najlepiej sprzedających się aut w Europie (w TOP 10 kwartalnego zestawienia 2009 r.) nie wniosła w miniony, dość nudny tydzień, prawie niczego nowego.
Astra jaka jest, każdy widzi. Kto spodziewał się małej Insignii, musi pogodzić się raczej z dużą Corsą. Na razie oglądać można karoserię, ale ogólnie trudno nie oprzeć się wrażeniu, że w Rüsselsheim zabrakło po prostu pomysłów. Nie wymagam brawury z pogranicza Hondy Civic i rzucania kostką o własne życie. Nikt nie spodziewa się po Oplu samobójczego ataku kamikadze w stylu "lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach". Nie o to chodzi. Chodzi o szczyptę innowacji i pierwiastek wywołujący zaciekawienie. Tego, moim skromnym zdaniem, nowej Astrze zdecydowanie brakuje. Gdzieś pod koniec projektowania ktoś próbował jeszcze ratować sytuację, czego przejawem jest perforacja na tylnych drzwiach, stanowiąca ewidentne nawiązanie do "pofalowania" obecnego w Insignii. Ale tylna część karoserii to już prosta kombinacja Corsy i Mazdy 3. Zabrakło oryginalności... Ale nic to, innym też jej czasem brakuje.
Oczywiście są i tacy, którzy zawsze znajdą pomysł na nowość. Jednych prześladuje myśl o lądowaniu UFO i całe swoje życie poświęcają na poszukiwanie dowodów istnienia pozaziemskiej cywilizacji. Inni zaś niestrudzenie walczą o setne części litra na 100 km, aby triumfalnie obwieścić rekordowo niskie spalanie. Autem Rycerzy Jedi z ropnej strony mocy był w tym tygodniu Peugeot 407, pod maską którego ulokowano nieco "podkolorowaną na zielono" jednostkę 1.6 HDi. Dla równowagi kontratak przeprowadziło grono ludzi opanowanych obsesją szukania pod maską dodatkowych KM (czyli firma Hennessey znana m.in. ze zwariowanych przeróbek Dodge'a Vipera). Dzięki nim ludzkość zyskała odpowiedź na wiecznie trapiące nas wszystkich pytanie: ile KM może mieć Cadillac CTS-V? Teraz wiemy, że nawet 800!
Gdzieś pośrodku obu powyższych skrajności ulokowały się nowe silniki do VW Polo i Golfa. Szczególnie wart zainteresowania jest benzynowy motor 1.2 TSI. Jednostka ta, co prawda, nie obcina nóg, ale osiąga 105 KM i oferuje 175 Nm. Bardzo przyjemny napęd, który może pogodzić zwolenników "benzyny" i "diesla". Jeśli zaś jesteście zatroskani o los naszej planety i waszym ulubionym pożywieniem jest biały serek o smaku ogródkowej ziemi, zajrzyjcie do Mazdy. Tam znajdziecie RX-8 Hydrogen RE, napędzaną wodorem.